BITWA DLA PLEMION

W zabiegu tym nawiązana zostaje tajemna magiczna ekwiwalencja pomiędzy męskością przysięgą. Złamanie przysięgi uczyni wobec tego kastratem każdego niewiernego żołnierza.Bitwa dla plemion zamieszkujących obszary Indii była wielkim, obrzędem magiczmo-religij- nym, najwyższą ofiarą, w jakiej uczestniczył wojownik. Nie wolno więc było pogrążyć się w nią bez odpowiedniego przygotowania. Dzień i porę dnia, w jakiej miano rozpocząć walkę, staiannie ustalali jeśli tylko było to możli- astrologowie, a w przeddzień oprawiano obrzędy oczyszczające. Przed bitwą przemawia­li do żołnierzy bramini i sam król.Według wiary ludu cesarz Konstantyn miał być nietykalny. Tym, co czyniło go nietykal­nym, miał być talizman — składający się z gwoździ z krzyża Chrystusowego — który nosił pod hełmem. O talizmanach ochraniają­cych podczas walki wspomina Kitowicz w opi­sach obyczajów i zwyczajów za panowania Augusta III. Bojownicy greccy — Platejczycy, Aetolowie — do bitwy szli z jedną nogą bosą, wierząc, że to daje im siłę i nietykalność ze strony wroga. W tym ostatnim przypadku cho­dziło o bezpośredni kontakt z ziemią, która miała dawać siłę, ochraniać od wszelkiego zła. We Włoszech czasów Odrodzenia utarło się przekonanie, że wojska wyruszające do boju przez Via di Borgos Apostolo skazywały siebie automatycznie na niepowodzenie. Widocznie z ulicą tą łączyła się   niepomyślna wróżba. W Perugii zaś jedna z bram, Porta Eburnea, uchodziła za -przynoszącą szczęście i wojska tamtędy właśnie wyruszały na każdą bitwę.

SUBIEKTYWNE KRYTERIUM

Kryterium subiektywne, według którego oce­niano odniesiony sukces, było dominujące. Wszelkie zaś porażki, niepowodzenia w dzia­łaniach, kalectwo i śmierć, wiązano z nie prze­widzianymi i nie sprzyjającymi okolicznościa­mi, które zniweczyły lub zahamowały pomocni­czą isiłę wyzwalaną podczas praktyk magicz­nych, oraz przypisywano błędom popełnionym w ohrzędach magicznych bądź większej mocy magii przeciwnika. Oto jeden z obrzędów poprzedzających wy­prawę wojenną plemienia Arunta w Australii, opisany przez Spencera i Gillena w XIX wie­ku. Wojownicy uzbrojeni w bumerangi, dzidy,tarcze tańcząc posuwają się w dół rzeki. Prze­wodnik, wódz wyprawy, od czasu do czasu okrąża oddział imitując rzuty dzidy w stronę niewidzialnego przeciwnika. Ruch naśladowczy ma sprawić, że późniejsze akcje będą pomyślne i każdy rzut dzidy obali rzeczywistego wroga. Podobny rodzaj zabiegu magicznego został opi­sany przez Frazera w książce Złota gałąź. Ple­miona Złotego Wybrzeża w Afryce stosują za­sadę pomocniczego tańca, który rozgrywają ko­biety w centralnej części wsi, w tym dniu i przypuszczalnie w tym czasie, kiedy ich mę­żowie, bracia, isyńowie i ojcowie mają się spot­kać zbrojnie z przeciwnikiem. Taniec imitujący walkę ma okazać pomoc walczącym w polu.Ciekawym przykładem magii sympatycznej był zabieg stosowany przez starożytnych He­tytów. Przy odbieraniu przysięgi kapłan kładł żołnierzom do rąik m. in. drożdże i mówił: „To, co trzymacie, to nie są drożdże”. Następnie przynoszono suknie kobiece i łamano trzcinę. Równocześnie kapłan mówił: „To, co widzicie, to nie są suknie kobiece; mamy je dla przy­sięgi. Kto złamie tę przysięgę na bogów złożo­ną, niech jego, mężczyznę, te przysięgi uczy­nią kobietą…”.

NIECODZIENNE WARUNKI

Wojna — jak wiemy — stwarza niecodzien­ne stosunki międzyludzkie, w których czło­wiek oddany jest w ręce ryzyka, niebezpieczeń­stwa połączonego z ciągłą niespodzianką. W okresie wojny nikt faktycznie nie może z ca­łą dokładnością przewidzieć ani toku działań i poszczególnych faz rozgrywanych akcji, ani też własnych losów. Akcje na arenie wojny zmieniają się niby obrazy w kalejdoskopie. Trudno ten niecodzienny stan stosunków mię­dzyludzkich, a konkretniej — okreis stosunków międzygrupowych, ująć w ramy prawidłowo­ści, uzależnić od stanu techniki realnej — broni, zbroi, sprawności fizycznej. Naturalną więc działalnością było uzupełnianie techniki realnej, wyrażającej się w postaci uzbrojenia, liczebności wojska i sprawności bojowej żoł­nierzy, itaktyki i strategii przywódcy, techniką iluzoryczną — obrzędami magicznymi, zaklę­ciami, amuletami, zakazami i nakazami ta- buistycznymi. Te dwie (techniki — realna i iluzoryczna — musiały się ciągle uzupełniać i współistnieć obok siebie w organicznym związku. Występowały one przed wyruszeniem do boju, w toku działań i tuż po zakończeniu walki. Współistnienie techniki iluzorycznej — ma­gicznej — obok techniki realnej pozwalało wo­jownikom przezwyciężać strach, wyzwalać taki stan subiektywny, który miał ułatwić opano­wanie przypadkowości żywiołu. Każdorazowe zwycięstwo, szczęśliwy powrót do bliskich, do domu, uniknięcie kalectwa i ran tym bardziej utwierdzały stosującego praktyki magiczne ich skuteczności i wpływie na tok wydarzeń.

MAGIA WOJENNA

Ten rodzaj magii przedstawia sobą pojedyn­cze -bądź też ułożone w system czynności, zabie­gi, obrzędy publicznie wykonywane, a zdąża­jące do zabezpieczenia zwycięstwa nad prze­ciwnikiem, ochrony własnej, wyzwolenia siły i optymizmu, wyzbycia się strachu, utrwalenia przekonania o własnej sile, a bezsile przeciwni­ka. Ten rodzaj magii zawiera w sobie zarówno elementy agresji, elementy zaczepne, jak i pro­filaktyczno-ochronne. Do elementów agresyw- no-zaczepnych zaliczyć możemy przykładowo działania tego typu, co np. przebijanie strza­łą schematycznie i symbolicznie przedstawio­nego przeciwnika, co w efekcie ma rzekomo osłabić wroga rzeczywistego. Do elementów profilaktyczno-ochronnych zaliczamy wszystko to, co ma zabezpieczyć przed siłą i przemocą wroga, a także zapobiec nie sprzyjającym oko­licznościom w toku właściwych działań militar­nych; między innymi ścisłe określenie dnia, godziny rozpoczęcia walki, wyruszanie do bo­ju ze ściśle określonego miejsca, przestrzeganie różnych zakazów i nakazów obowiązujących w takich chwilach, a określanych przez czarow­ników, astrologów i tradycję lokalną, używanie różnorodnych amuletów, talizmanów i zaklęć. Do tego rodzaju działań związanych z ma­gią wojenną zaliczyć także możemy poświęca­nie wyruszającego do ataku wojska oraz sztan­daru prowadzącego w bój, broni, która ma być użyta w walce. Czynności ostatnie, mające tu i ówdzie współcześnie charakter symboliczno- -sakralny, u podłoża swego miały pierwotnie wybitnie sens i znaczenie magiczne.

PO KONSULTACJACH

Po konsultacjach z różnymi duchownymi zwrócili się do księdza Adolfa Ro- dewyika z Frankfurtu nad Menem, specjalisty od egzorcyzmów. Orzekł on, że dziewczyna jest „opętana przez diabła”, i zwrócił się do bi­skupa Wuerzburga, Josefa Stangla, o wyraże­nie zgody na przeprowadzenie egzorcyzmów stosownie do rytuału rzymskiego z 1614 roku.Kiedy dziewczyna dostawała napadu epilep­sji, wzywano egzorcystę. Zbuntowana przeciw­ko takiemu traktowaniu, dziewczyna odmawia­ła przyjmowania posiłków, gwałtownie chudła i zmarła z wycieńczenia. Nikt nie interwenio­wał ani nie powiadomił władz wymiaru spra­wiedliwości. („Kurier Polski”, 1976 r.).Rodzice 11-letniej dziewczynki chorej na cukrzycę — mieszkańcy miasta Aarhus w Da­nii, stolicy * Jutlandii — powierzyli zdrowie swojej córki pokątnej znachorce. Po kilkudnio­wej kuracji, polegającej głównie na ordynowa­niu soku z marchwi i (wypowiadaniu zaklęć nad chorą, dziewczynka zmarła. Jak się później oka­zało, pacjentka zadusiła się wymiotami, a za­wartość cukru w jej krwi znacznie przekracza­ła normę. Na marginesie tej sprawy duńska prasa zwracała uwagę na „złote czasy”, jakię prze­żywają w Skandynawii tzw. przyrodolekarze, znachorzy, uzdrawiacze.Kończąc omawianie magii leczniczej postaw­my przed sobą ogólne pytanie: czym można tłumaczyć tak wiellką jeszcze liczbę ludzi kotzystających z usług znachorów i różnych… „babek zamawiaczek”, i to w dobie powszech­nego panowania medycyny racjonalno-ekspery- mentalnej? Można odpowiedzieć tak: istnieją ku temu obiektywne bądź też subiektywne przy­czyny. Do ich zaliczyłbym:nieuleczalność pewnych chorób, brak natychmiastowych skut- kóiw leczenia podejmowanego przez lekarza; obawa przed operacją; niemożność zagwaran­towania przez lekarza skuteczności wyników leczenia; otwarte (Stawianie sprawy przed pa­cjentem — wykluczanie nadziei, iluzji; brak osobistego kontaktu z lekarzem, pojawianie się coraz powszechniejszych relacji biurokratycz­nych między lekarzem a pacjentem; wreszcie ciekawość i zainteresowanie metodami znacho­rów; rozwijająca się sugestia masowa.

CUDOWNE OZDROWIENIA

Tajemnica cudownych uzdrowień zawiera się „w zespoleniu — jak powiedział wybitny znawca ziół, autor głośnej pracy Zio­łolecznictwo prof. Aleksander Ożarowski — energii, naturalnej energii leku z energią psy­chiczną”.Podkreślając pewne walory istotne i pozy­tywne w lecznictwie magicznym i medycynie ludowej nie można jednak usprawiedliwiać i to­lerować takich działań, które doprowadzają do niszczenia zdrowia i życia człowieka.Sięgam do trzech przypadkowo wybranych historii, które wydarzyły się pod koniec XX wieku w trzech krajach o wysokiej kul­turze i cywilizacji.Ofiarą zabobonnych egzorcyzmów padł chłopiec z Nowego Jorku. Półtoraroczny chło­piec, Leoin Justin, syn 25-letiniej Patricji Abra­ham, zolstał znaleziony martwy w jej mieszka­niu. Lekarze stwierdzili poparzenie 95 proc. powierzchni ciała. Przyczyną śmierci była pró­ba „uzdrowienia” przez matkę chorego dziec­ka. Jej zdaniem chłopiec miał wysoką gorącz­kę i izachowywał się jak opętany. Przesądna matka włożyła .malca do rozpalonego piekarni­ka, aby „ogniem wypędzić diabła z. jego cia­ła”. („Życie Warszawy”, 1979 r.). W Klingenburgu (Bawaria) zmarła 1 lip- ca 1976 roku 23-letnia studentka teologii i pe­dagogiki na uniwersytecie w Wuerzburgu, An- neliese Michel. Padła ona ofiarą egzorcyz- mów. Kiedy była małą dziewczynką, stwierdzo­no u niej objawy padaczki. Anneliese była le­czona w szpitalu w Aschaffemburgu i objawy choroby ustąpiły. W listopadzie 1973 roku symptomy choroby pojawiły się znowu. Lekarz stwierdził epilepsję i zalecił leczenie w szpita­lu. Jednakże rodzice nie chcieli uwierzyć w diagnozę.

OFICJALNA MEDYCYNA

Już starożytni Chińczycy mówili, że zdro­wie to przede wszystkim równowaga i harmo­nia zachodząca między Yin — siłą pozytyw­ną — i Yang — siłą negatywną. Żeby poko­nać chorobę, trzeba przede wszystkim zmie­nić nastrój pacjenta, zharmonizować energię jego ciała, a potem dopiero walczyć z chorobą. Dziś wiemy, że silna psychika to jednocześ­nie większa odporność, a silną psychikę moż­na budować m. in. poprzez sugestię i autosuge­stię.Poglądy dawnej medycyny chińskiej, tybe­tańskiej, afrykańskiej, ogólniej mówiąc —daw­nej medycyny ludowej, a po części także magii leczniczej, kryją w sobie wiele elementów po­zytywnych, godnych weryfikacji, nowych rein- terpretacji bądź też wyłuskania racjonalnych treści z otoczek deformujących, ubocznych. Ta­ka praca została już po części podjęta przez wiele instytutów naukowych ZSRR, Meksyku, Mongolii i USA.Oficjalna medycyna w niektórych krajach wychodząc ze słusznego założenia, że wszystkie sposoby są w medycynie dobre, jeżeli prowa­dzą do wyleczenia, dopuszcza do istnienia kon­kurencji. W 15-tysięcznym miasteczku szwaj­carskim Herisau jest 14 dyplomowanych le­karzy i 140 lekarzy-naturalistów, lekarzy pre­zentujących medycynę ludową, u których leczą się obok mieszkańców miasteczka przybysze z całego świata.Medycyna, która jedynie wierzy w automa­tyzm lekarstw, która coraz częściej zastępuje osobisty kontakt lekarza z pacjentem aparatu­rą techniczną, wprowadza komputery, staje się coraz bardziej antyhumanistyczma. W czasach coraz większego stechnicyzowania medycyny oraz wpływu na nią odhumanizowanych sto­sunków międzyludzkich warto przypomnieć so­bie tę starą zasadę realizowaną w lecznictwie magicznym, iż wiara pacjenta wzmacnia siłę specyfiku.

NA POWIERZCHNI SKÓRY

Na powierzchni ludzkiej skóry znajduje się mnó­stwo punktów, w których skupiona jest naj­większa ilość „wolnych” elektronów w orga­nizmie. Punkty te znane są od wieków aku­punkturze. Podczas gdy choroba atakuje jakiś organ, zwiększa się w nim dodatni ładunek elektryczny, jednocześnie w określonych punk­tach skóry zwiększa się kompensacyjnie ładu­nek ujemny. Te zmiany wyczuwalne są przez uzdrowicieli opuszkami palców. Zdarza się, że potrafią oni określić, w którym organie toczy się proces chorobowy. Specjalne badania prowadzone w instytu­tach naukowych wykazały, że przy tym sposo­bie leczenia — w momencie gdy uzdrowiciel koncentruje uwagę na powierzchni swoich rąk — na opuszkach jego palców wzmacnia się pole elektrostatyczne. Zdarza się też, iż rę­ce uzdrowiciela emitują promienie ultrafiole­towe. Proces leczenia przez dotknięcie rąk jest więc prawdopodobnie związany z wyzwoleniem energii elektromagnetycznej.Sygnalizując te rewelacyjne poglądy na zdrowie i chorobę należy powiedzieć o tym, że twórcą teorii bioplazmy jest polski uczo- ny-przyrodnik, ks. prof. W. Sedlak, wykła­dowca KUL-u w Lublinie. Teoria jego —- a ściślej: na razie hipoteza — oparta jesto   współczesny fizykalny obraz świata, a za­razem próbę jego przekroczenia. Rosjanie we­ryfikując hipotezę prof. W. Sedlaka powołują się na znamienną wypowiedź W. Lenina za­mieszczoną w dziele „Materializm a empirio­krytycyzm” (1909 ir.), która brzmi: „jest wie­rutną bzdurą mówić’ jedynie ó materialnym, a nie elektrycznym, albo bardziej złożonym jeszcze obrazie wszechświata” .

ŻYWA MATERIA

Bioplazma jest rozumiana jako ży­wa materia, ale nie w postaci atomów i mole­kuł, lecz jako naładowane cząsteczki, tzw. wolne elektrony, to jest elektrony, które nie krążą po orbitach atomu, ale swobodnie prze­mieszczają się między nimi. W żywej komórce, jak i w przyrodzie nieorganicznej źródłem „wolnych” elektronów jest gaz, a ściślej mó­wiąc jonizowany tlen.W instytutach biofizyki stwierdzono już, że aktywność życiową może podtrzymywać tyl­ko jonizowany tlen, tj. tlen o ujemnym ła­dunku. Jego jony o ujemnym ładunku (anio­ny) mają na ostatniej orbicie po dwa elektrony, które w (warunkach aktywności życiowej orga­nizmu łatwo odłączają się, uzupełniając w ten sposób zasoby bioplazmy.Badania przeprowadzone w Ałma-Acie — jak głosi informacja L. Wym. zamieszczona w „Expressie Wieczornym” z dnia 16.1.1981 r. — pozwoliły odkryć iwiele właściwości bioplazmy, które prawdopodobnie pozwalają człowiekowi w określonej Sytuacji wykazywać nadludzką siłę czy też wytrzymałość. W krańcowych sy­tuacjach nawet ludzie, którzy ,w warunkach normalnych nie wykazują „nadprzyrodzonych” właściwości, isą zdolni do zwiększenia na krótki czas ilości bioplazmy we własnym organizmie i mogą wówczas dokonywać „cudów”. Nader często zdarza isię, że człowiek pochłonięty bez reszty jakimś zajęciem nie odczuwa bólu przy nagłym skaleczeniu czy urazie.To zwiększenie bioplazmy w organizmie może w pewien sposób wyjaśniać niezwykłe właściwości uzdrowicieli, którzy przez dotknię­cie rękami potrafią wyleczyć chorego, przeka­zując mu pewną część własnej bioplazmy, czy­li uzdrawiających „wolnych” „elektronów.

INTERESUJĄCY EKSPERYMENT

Stefan Zajączkowski w notatce zamieszczo­nej w „Expressie Wieczornym” z dnia 15 XI *1979 r. pt.: „Akupunktura laserem… nie pod­łączonym do sieci” przytacza następującą his­torię: „Jeden z moich rozmówców, notabene lekarz, podał przykład, który jest przedmio­tem jego doświadczenia. Dotyczy on leczenia przewlekłego bólu. W ostatnim okresie pojawi­ły się doniesienia o stosowaniu iw prżypadku tego rodzaju schorzeń lasera. Postanowiono wypróbować tę metodę na chorych. Jednak brak było odpowiedniego lasera — ten, którym dysponowano, był iza silny.Użyto więc czegoś, co dotychczas nie było stosowane: pacjentom wykonano akupunkturę za pomocą lasera… nie podłączonego do sieci. Teoretycznie nie miał on żadnego działania. A mimo to u niektórych pacjentów ustąpiły bóle, a u innych znacznie się zmniejszyły. Oka­zało się więc, że i leczenie pozorowane może dawać pozytywne efekty”.Uzdrawianie iza pomocą jedynie dotknię­cia — swego czasu tak pociągające i przycią­gające liczne rzesze chorych w Polsce — oraz inne niezwykłe zjawiska ‚(np. chodzenie po roz­żarzonych węglach), znane od wieków, a do­tychczas nie wyjaśnione do końca i często lek­ceważone przez naukę, zaczynają coraz częściej przyciągać uczonych. Interesujący eksperyment przeprowadzili ostatnio w laboratorium biofizyki uniwersyte­tu w Ałma-Aeie dwaj radzieccy naukowcy — doktor medycyny Aleksander Romen i Wik­tor Iniuszyn. Zajęli się oni badaniem natury takiego zjawiska, jak autosugestia czy autohip- noza, w czasie którego w organizmie człowie­ka zwiększa się — ich zdaniem — ilość tzw.^ bioplazmy.